wtorek, 23 maja 2017

Festiwal Wódki i Zakąski

Jeszcze po kropelce, jeszcze po kropelce... i tak 200 kieliszków oraz kilkadziesiąt przegryzek później weź wróć trzeźwy do domu i napisz coś mądrego. Ale wiecie co? Udało się, no może nie całkowicie na trzeźwo i nie do końca mądrze, ale stosunkowo świadomie. Zapraszam serdecznie na relację z pierwszej edycji Festiwalu Wódki i Zakąski. ;)

Na wstępie chciałem podziękować Annie z bloga Czosnek w pomidorach, dzięki której nie tylko się tam pojawiłem ale też za to, że usłyszałem o tym festiwalu.


Jak wyglądał festiwal? Otóż odbywał się on w Fortecy Kręglickich, która całemu wydarzeniu nadała ciekawego klimatu, ciężkie, drewniana drzwi z okuciami. Na dzień dobry każdy dostał po kieliszku do degustacji. Podobało mi się, że można je było w każdej chwili wymienić na nowe, jednak według mnie było tych stanowisk nieco za mało. Niektóre wódki pozostawiały silny aromat w szkle, a tak latać co i rusz po nowy kieliszek, słabo... na szczęście niektórzy wystawcy mieli jednorazowe plastiki, można więc było porównać nos kilku wódek jednocześnie. No ale wiadomo, ze szkła to jakoś tak inaczej.
Prowadził oczywiście Robert Makłowicz, którego chyba nie trzeba przedstawiać. Co jakiś czas opowiadał o historii trunków. Jedni słuchali inni nie. Zależy ile wypili. Był czas na krótką pogawędkę i zdjęcie pamiątkowe do rodzinnego archiwum(będzie się czym chwalić wnukom). Za oprawę muzyczną odpowiadał spec od muzyki Marek Sierocki, z nim również przyjemnie było wymienić kilka słów.

Na początku robiłem za fotografa dla Gosi z Igraszek Losu, ale na szczęście wcześniej niż w połowie bateria w aparacie się rozładowała i miałem dwie ręce wolne, aby trzymać dwa kieliszki. Oczywiście aby na bieżąco porównywać aromaty i kolory trunków! A tych było co niemiara i... co mnie strasznie zaskoczyło, pozytywnie oczywiście, wszystkie były wysokiej jakości. Przy czym degustacje nie polegały na staniu w kolejce do kolejnego kranika, każde stoisko było tak zaaranżowane, że stały przy nim dwie-trzy osoby. Wystawcy bardzo szczegółowo opisywali swoje produkty, nie żałując ich przy tym.

Smaki, które szczególnie utkwiły w mojej pamięci to 40% wódka Pravda ananasowa, która zaskoczyła mnie naturalnym smakiem tego owocu. Co ciekawe wytwarzana jest ona ze spirytusu zbożowego z Wielkopolskiego żyta na bazie krystalicznie czystej beskidzkiej wody źródlanej, stąd ten kryształ na butelce.
Drugi jest 16% Półtorak Piasecki, chyba najidealniejszy miód pitny w Polsce. Delikatny, słodki, z prawdziwie wyczuwalnym aromatem miodu, a nie ordynarnie dosłodzony jak inne na rynku.
Ciekawie prezentowała się też Miodula Prezydencka. Przyzwoita,jednak mając do wyboru miód pitny i destylat zawszę wybiorę miód.

Zapomniałbym jeszcze o Nalewkach Staropolskich, a zwłaszcza dwóch. "Czeremcha", która smakowała jak czereśniowa, ale nuty pestki są w niej nieco silniejsze, przez co jest bardziej wytrawna, co mi osobiście bardzo przypadło do gustu. Druga to "Cztery pory roku" do produkcji której wykorzystuje się cztery składniki: cytryny, cukier, spirytus oraz... mleko! Nie jest ono wyczuwalne w produkcie finalnym, ale według mnie dzięki niemu smak jest bardziej okrągły, zważywszy, że jest to alkohol produkowany z cytryn.







W trakcie kulturalnego(nie wymówiłbym tego słowa na festiwalu, to jest pewne) zwiedzania i słuchania tych wszystkich ciekawych wykładów, serio były ciekawe, trafiliśmy do stoiska Old Polish Vodka. Tam naturalne wódki z Podlasia z serii Zielona Natura. Bukwicowa oraz Różana wiodły znaczny prym nad pozostałymi, zdecydowanie.




Stoiska były o tyle przemyślanie ustawione, że obchodziło się je kółkiem, więc mieliśmy okazję podejść kilka razy do stoiska Finlandii i ich pysznych drinków. Finlandia grapefruitowa z tonikiem i gałązką rozmarynu, Finlandia żurawinowa z ogórkiem, czy też połączenie ananasa z kokosem(w stylu Piňa Colady).





Jako człowiek nieprzepadający za czystymi wódkami jestem bardzo mile zaskoczony dwiema markami.

40% Pałac Kultury, który leżakuje 21 dni, większość wódek nie ma na to nawet 48 godzin. Jest różnica, w smaku jest dużo bardziej pełna i nie jest taka... ordynarna, jeżeli można użyć takiego określenia. Świetnie sprawdza się w połączeniu z solonymi migdałami.








Drugie wódki to te spod marki Chopin. O matko i córko... Jakieś to było doświadczenie. Pomijając już wódkę owsianą, którą trudno gdzieś spotkać. Postanowiłem porównać smakowo trzy rodzaje. Ze starego ziemniaka i dwa roczniki z młodych ziemniaków. Zawsze wydawało mi się, że to lekka ściema z tymi rocznikami, no ziemniak to ziemniak, tak? Nic bardziej mylnego. Mi smakowała młodsza, ta z 2015. Co do tej ze starego ziemniaka... byłem tak zaskoczony jej zapachem, jakbym wąchał autentycznego ziemniaka. Bardzo fajne.




Mówiąc o Chopinie nie sposób nie wspomnieć też o ich likierach. Czekolada z chili oraz karmel z solą morską... pyyycha.





Warto wspomnieć też o Muzeum Wódki, które zostało zorganizowane w jednym z pomieszczeń. Jak ja uwielbiam stare butelki. Niektóre były nawet nienaruszone z alkoholem w środku. Szkoda, że było dużo ochrony, bo bym powiększył własną kolekcję, a tak musi mi wystarczyć tylko zdjęcie :/






Na koniec jeszcze trochę zdjęć, bo narobiłem ich tyle, że szkoda, aby się zmarnowały :D





















Mam nadzieję, że relacja się Wam spodobała i zapraszam na kolejne wpisy.
Pozdrawiam i na zdrowie! :D
Kacper T. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Na moim blogu nie ma moderowania komentarzy, czasami zdarza się tak, że system ich nie publikuje. Te wulgarne są usuwane przeze mnie z automatu.